Chciałam tego posta napisać tydzień temu ale to okienko, w którym teraz smaruję te słowa nie działało...
Więc we wtorek (tak, wiem, nie zaczyna się zdania od "więc", w dupie to mam, to luźna paplanina a nie list do prezydenta) dokładnie tydzień temu rzuciłam swoją pracę. Tę pracę, w której modny jest pracoholizm, tę pracę która dobijała mnie psychicznie. Była to trudna decyzja tym bardziej, że we wzroku mojego partnera widziałam pytanie "jak do cholery teraz będziesz nas utrzymywać??" Zdobyłam się na ten krok. Krótka rada dla czytających - jeśli w pewną niedzielę swojego życia obudzisz się i pierwsza myśl jaka Ci przyjdzie do głowy będzie o pracy - to znak, że stresujesz się nią bardziej niż trzeba. Jeśli ta myśl będzie powtarzała się w każdą niedzielę - to znak że trzeba pracę zmienić. W moim życiu tych niedziel było zdecydowanie za wiele. Ludzie komplikują sobie życie, robota wyżera im od środka wszelkie radości i zajmuje cały czas, "jak to, rzucę pracę, za co się utrzymam, za co kupię sobie te żółte szpilki i kupię tabletki antykoncepcyjne?" Jak się chce to się może. Ja się tak wymądrzam chociaż kolejnej pracy jeszcze nie znalazłam ale znajdę. Oczywiście, że znajdę. I jak ta kolejna będzie mi zajmować moją głowę w niedzielę rano to też ją rzucę - a co!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz